Po brexicie Piętnastka zwiększy stan posiadania

Doprawdy nie tylko „Czarneckigate” to temat, którym żyją europarlamentarzyści. W powodzi różnych rezolucji, które są ważne albo mniej ważne, zapadają decyzje naprawdę kluczowe. Na przykład te stricte polityczne dotyczące podziału mandatów po Brytyjczykach, którzy chcąc nie chcąc, żegnają się z Unią Europejską.

Ale o tym za chwilę, a na razie dla przedstawienia tego, czym zajmuje się parlament w Strasburgu i Brukseli, pozwolę sobie zaprezentować tematy niektórych (sic!) debat, które miały miejsce w ubiegłym tygodniu we francuskiej siedzibie Parlamentu Europejskiego.

Agenda europarlamentu

I tak, żeby nie być gołosłownym, omawialiśmy między innymi takie oto zagadnienia: „Zero tolerancji dla okaleczania narządów płciowych kobiet”, „Decyzje przyjęte w sprawie strategii rozszerzania UE – Bałkany Zachodnie”, „Sytuacja w Zimbabwe”, „Obecna sytuacja w zakresie praw człowieka w Turcji”, „Ochrona i przeciwdziałanie w dyskryminowaniu obywateli UE należących do mniejszości w państwach członkowskich UE”, „Dodanie Sri Lanki, Trynidadu i Tobago oraz Tunezji do wykazu krajów trzecich wysokiego ryzyka”, „Konsekwencje dla obywateli europejskich pogłębiania się nierówności społeczno-gospodarczych”, „Zagrożenie dla praworządności w związku z reformą rumuńskiego wymiaru sprawiedliwości” (brzmi znajomo, nieprawdaż?), „Gwarancje UE dla Europejskiego Banku Inwestycyjnego na pokrycie strat poniesionych w związku z działaniami z zakresu finansowania wspierającymi projekty inwestycji poza granicami Unii” (pisownia oryginalna – R.C.), „Pogarszające się warunki działalności organizacji społeczeństwa obywatelskiego”, „Sytuacja obrończyń praw człowieka oraz wsparcie udzielone im przez UE”, „Sytuacja UNRWA (Agenda Narodów Zjednoczonych dla pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie)”, „Ustalenia dotyczące czasu letniego”, „Rosja – sprawa Ojuba Titjewa i Centrum Praw Człowieka »Memoriał«”, „Egzekucje w Egipcie”, „Niewolnictwo dzieci na Haiti”.

Przegłosowaliśmy również skład osobowy Komisji specjalnej do spraw unijnej procedury wydawania zezwoleń na dopuszczenie pestycydów do obrotu, oraz rezolucję w sprawie sytuacji w Wenezueli. Wysłuchaliśmy także premiera Chorwacji, byłego europosła Andreja Plenkovicia, oraz wystąpienia przedstawiciela Międzynarodowej Kampanii na rzecz zniesienia Broni Nuklearnej. To kontrowersyjni dla niektórych laureaci Pokojowej Nagrody Nobla w 2017 r.

Stara Unia zwiększa stan posiadania

Specjalnie podałem większość (ale nie wszystkie!) tematów debat i głosowań, aby pokazać bardzo szerokie spektrum problemów, którymi zajmuje się Parlament Europejski. Wiele osób twierdzi, że jest ono zdecydowanie za szerokie, jednak agenda PE, odkąd pamiętam, jest cały czas podobna i bardzo szeroka, zarówno w wymiarze geograficznym, wychodząc daleko poza Unię Europejską, jak i w wymiarze merytorycznym. Wśród tematów debat kilka miało wyraźnie ideologiczny charakter – wszak nie to jest problemem europarlamentu, że zajmuje się takimi ideologicznymi propozycjami, lecz to, że do bardzo wielu stricte merytorycznych, gospodarczych, a zwłaszcza humanitarnych projektów rezolucji dotyczących krajów trzecich na siłę wsadza się elementy ideologizujące, dotyczące choćby aborcji czy tzw. polityki reprodukcyjnej (cóż za dehumanizująca nazwa!).

W wymiarze politycznym najważniejsze było sprawozdanie przygotowane przez euroentuzjastycznych deputowanych Danutę Huebner i Portugalczyka Pedro Silvę Pereirę – „Skład Parlamentu Europejskiego”. Chodzi o to, jak zagospodarować pulę 73 brytyjskich przedstawicieli w europarlamencie. Przy okazji traktuje ono kampanię wyborczą i wybory do PE (ostatni weekend maja 2019 r.) jako pretekst do dalszej swoistej federalizacji Unii.

Zaproponowany nowy podział mandatów w parlamencie w związku z uruchomieniem procedury wyjścia Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej z Unii Europejskiej ma charakter stricte polityczny. Nie odbiera on mandatów żadnemu z państw członkowskich, chociaż jednym dodaje nieproporcjonalnie dużo w porównaniu z innymi krajami. Wyraźnie uprzywilejowane są kraje starej Unii, czyli te z dawnej Piętnastki, a zwłaszcza największe z nich. Określenie ostatecznej liczby miejsc w PE – 705 – jest próbą kompromisu między populistycznymi oszczędnościowymi propozycjami zakładającymi całkowitą likwidację mandatów z puli brytyjskiej a sugestią dotyczącą rozdzielenia wszystkich mandatów Wielkiej Brytanii na pozostałe 27 krajów członkowskich. Projekt przyjęty 23 stycznia 2018 r. przez komisję spraw konstytucyjnych, której przewodzi ekskomisarz Danuta Maria Huebner, i zaakceptowany na posiedzeniu plenarnym europarlamentu 7 lutego zmniejsza liczbę europosłów o 46. Dlaczego o 46, skoro Brytyjczycy mieli w Parlamencie Europejskim 73 miejsca? 27 z nich rozdzielono na poszczególne kraje członkowskie. I tak Francja zwiększyła swój stan posiadania o pięć mandatów – do 78, Hiszpania również o pięć – do 59, Włochy o trzy – do 76, Holandia o trzy – do 29, Irlandia o dwa – do 13.

Mimo że to przedstawicielka RP była sprawozdawcą i mimo że mamy obecnie minimalnie mniej miejsc niż Hiszpania (my – 51, Madryt ‒ 54), Polska otrzymuje tylko jedno miejsce więcej, a nie pięć jak oni, i nasza pula narodowa zwiększa się do 52. Podobnie jak my, o jeden fotel w europarlamencie zwiększają swój stan posiadania Austriacy – do 19, Duńczycy – do 14, Finowie – do 14, Słowacy – do 14, Chorwaci – do 12, Estończycy – do 7 i Rumuni – do 33.

Krok w kierunku federalizacji

Pozostałe miejsca po Brytyjczykach – 46 mandatów – zgodnie z wolą europarlamentu mają pozostać w rezerwie z przeznaczeniem na ewentualną listę transnarodową lub dla krajów, które dopiero przystąpią do Unii Europejskiej (czyli może to dotyczyć – ale zapewne nie wcześniej niż przy wyborach do europarlamentu w 2019 r. – Czarnogóry, Serbii czy Albanii).

Ta rezerwa dla nowych państw członkowskich jest zrozumiała. Olbrzymie emocje wzbudza jednak wola ustanowienia listy transnarodowej, czyli uczynienie kolejnego kroku ku federalizacji Europy. Tworzyłyby ją europejskie partie polityczne, które wystawiałyby swoich Spitzenkandidaten, czyli liderów. W sposób oczywisty preferowane by były ugrupowania euroentuzjastyczne, jak Europejska Partia Ludowa, socjaliści, liberałowie, zieloni czy komuniści, a nie eurorealiści, jak my, Konserwatyści i Reformatorzy czy eurosceptycy. Dla tych ostatnich pomysł stworzenia listy europejskiej jest w wymiarze ideowym i politycznym bardziej niż trudny do zaakceptowania.

Już w marcu będzie na temat tych propozycji debatowała Rada Europejska na kolejnym unijnym szczycie. Jest bardzo prawdopodobne, że rządy państw członkowskich ustosunkują się do tej propozycji sceptycznie. Polski rząd na pewno tego nie poprze.

Postscriptum

Mój tekst opublikowany w „GPC” w dniu 25 listopada ub.r. „Antypolski spec od... Polski” niespodziewanie wywołał spory rezonans w… Holandii. Pisałem w nim o europosłance z tego kraju, bardzo niechętnej Polsce, ale też przypomniałem morderstwo dokonane w 1945 r. na 160 jeńcach, naszych rodakach, w Podgajach w powiecie złotowskim w województwie wielkopolskim. Uczynili to żołnierze 48. Pułku Grenadierów Pancernych SS „General Seyffardt” z Królestwa Niderlandów właśnie.

Holenderscy czytelnicy (uwaga! nie byli to Polacy z Holandii, tylko rodowici Holendrzy) przekazali mi następujące informacje: generał Seyffardt był holenderskim generałem kolaborującym z Niemcami, który został zabity przez holenderski ruch oporu w 1943 r. W zemście za to Niemcy rozpoczęli egzekucję Holendrów – była to tzw. operacja Silbertanne. Pierwsze ofiary zostały rozstrzelane w okolicach Vollenhove-Meppel (region, w którym urodziła się obecna europosłanka z frakcji liberałów Sophie in ‘t Veld) i Staphorst, wiosce, w której bardzo aktywny był ruch chrześcijański – obecny burmistrz Staphorst pochodzi z mocno akcentującej wartości chrześcijańskie partii Christen Unie i jest siostrzeńcem przywódcy tej partii na poziomie krajowym. Należy do niej również europoseł z frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów Peter van Dalen. Moi holenderscy przyjaciele podkreślają, że Holendrzy też byli ofiarami niemieckich zbrodniarzy, tak jak polscy jeńcy z wielkopolskiej miejscowości Podgaje.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Przebudzenie reżimu

Stało się – po dwóch latach rządów „państwo PiS” sięgnęło i po mnie! Było to kilka dni temu na placu Reagana w krakowskiej Nowej Hucie, a atak był tak podstępny i niespodziewany, że nie miałem najmniejszych szans, aby go uniknąć. W słoneczne przedpołudnie szedłem chodnikiem i rozanielony rozmawiałem przez telefon, gdy nagle zobaczyłem cukiernię po drugiej stronie ulicy. Skręciłem na przejście dla pieszych, rozejrzałem się niedbale i stwierdziwszy, że nic nie jedzie, przemaszerowałem przez jezdnię na czerwonym świetle. 

I wtedy dopadli mnie dwaj okrutni siepacze nasłani przez ministra Joachima Brudzińskiego. Jeden strażnik systemu, prześliczna drobna blondynka w stopniu sierżanta policji, po uprzednim zasalutowaniu i przedstawieniu się poprosiła mnie o dokumenty. Jej kolega, funkcjonariusz odziany w mundur z dystynkcjami aspiranta, z wyraźnie rozbawioną miną słuchał moich nieskładnych tłumaczeń, że się spieszyłem i nie zauważyłem koloru na sygnalizatorze. Pani sierżant zapytała uprzejmie, czy przyjmuję mandat karny, na co skwapliwie przystałem, aby nie skończyć w wilgotnym lochu zakuty w brzęczące kajdany. Po wypisaniu i wręczeniu mi blankietu mandatu oraz zwróceniu dokumentów dwójka policjantów pożegnała się ze mną bez większego żalu, a ja, z wielką ulgą wypisaną na twarzy odszedłem w przeciwną stronę ze świdrującą z tyłu głowy myślą: to musi być przebudzenie reżimu.

Niewybaczalne maniery

Przebudzenie reżimu, tak samo groźne i straszne jak sytuacja opisana wyżej, dosięgło również legendarnego opozycjonistę z czasów PRL-u – Władysława Frasyniuka. 14 lutego rano kilku funkcjonariuszy policji zapukało do drzwi domu Państwa Frasyniuków i dokonało zatrzymania pana Władysława. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że państwo totalitarne zaczęło dokonywać czystek – zatrzymanie Frasyniuka było wynikiem jego niestawiania się na pisemne wezwania prokuratora, które ten wystosowywał do „legendarnego działacza”, aby postawić mu zarzuty związane z naruszeniem nietykalności cielesnej dwóch policjantów. Takich czynności dokonuje się pewnie w Polsce dziesiątki miesięcznie więc i ten wypadek nie byłby nadzwyczajny, gdyby nie postawa zarówno samego zatrzymanego, jak i jego połowicy.

Dzięki opresyjnemu systemowi, jaki obecnie panuje w naszym kraju, Frasyniuk mógł sobie podyskutować z zatrzymującymi go funkcjonariuszami, z których każdy przyjaźnie się uśmiechał, a zakładający mu kajdanki pogodny policjant szczegółowo wyjaśniał, że musi skuć go z rękoma do tyłu, bowiem tego wymagają przepisy. Jakby tego było mało, autorytarna władza zastraszyła najbliższych członków rodziny zatrzymanego tak skutecznie, że wszystkie serwisy informacyjne zaroiły się tego dnia od mniej lub bardziej mądrych wypowiedzi pani Magdaleny Dobrzańskiej-Frasyniuk, żony Władysława, która największe pretensje miała o to, że czynności dokonywano tuż po godz. 6 rano. Ja dodałbym od siebie, że pani Magdalena ucierpiała również ze względu na brak francuskich rogalików, których policjanci nie zabrali ze sobą, aby ją poczęstować, a tak nieludzka pora być może zmusiła ją do wystąpienia bez makijażu i przed kilkugodzinną wizytą u stylisty fryzur, czego wybaczyć nie można.

Zgodnie z literą

Do wystąpienia bez makijażu zmuszony został kilka godzin później sam Frasyniuk, który w świetle telewizyjnych kamer opowiadał o tym, że przesłuchujący go prokurator poświęcił mu raptem 10 minut swojego cennego czasu, ograniczając się jedynie do przeczytania przywołanych wyżej zarzutów. I tyle! Koniec! Żadnych kazamatów, zrywania paznokci, przypiekania żywym ogniem i innych tortur. Kazali Władysławowi iść do domu. Wszystkich dopadło zwątpienie i problem związany z zatrzymaniem absurdalnej machiny medialnej, która została uruchomiona od Bałtyku po Tatry. No bo jak teraz ludziom wytłumaczyć, że Frasyniuka nie doprowadzono przed prokuratorskie oblicze za walkę o wolność i trójpodział władzy, a jedynie za to, że szarpał się z wynoszącymi go na rękach policjantami? Tak, 10 czerwca 2017 r. „legenda” sięgnęła bruku i z tego ulicznego bruku szarpiąca się, agresywna „legenda” została podjęta przez kilku funkcjonariuszy i przeniesiona w bezpieczne miejsce, gdzie odwdzięczyła się proszącemu ją o okazanie dokumentów funkcjonariuszowi serią idiotycznych, aroganckich pseudożartów i odzywek. Nie wiem, kim był młody człowiek próbujący wylegitymować Frasyniuka, ale mam nadzieję, że jego olimpijski spokój, opanowanie oraz profesjonalizm znalazły uznanie w oczach przełożonych i zostały sowicie nagrodzone. Żałować jedynie należy, że trud policjanta poszedł na marne, bo eskalacja agresji Frasyniuka postępowała.

Eskalacja agresji Frasyniuka postępowała i osiągnęła apogeum miesiąc później, 16 lipca roku 2017, kiedy podczas ulicznej demonstracji wzywał do walki z panującym systemem. Pomimo upływu czasu wciąż mam przed oczyma tamte wydarzenia – stojący na scenie, wydobywający z siebie mniej lub bardziej artykułowane dźwięki, zachrypnięty Frasyniuk, nawołujący do działania policjantów i żołnierzy oraz publicznie oskarżający Antoniego Macierewicza o powiązania z rosyjskimi służbami specjalnymi. Nie wiem, kiedy pan Władysław poddawał się okresowym badaniom lekarskim, ale w tamtym momencie bardzo obawiałem się o stan jego zdrowia, ze szczególnym uwzględnieniem równowagi emocjonalnej. Dodatkowo uderzyła mnie potężna furia towarzysząca całemu wystąpieniu opozycjonisty.

Siłą rzeczy przypomniałem sobie sejmowe przemówienie śp. Andrzeja Leppera sprzed kilkunastu lat, w którym zarzucił on Frasyniukowi pobicie Antoniego Stryjewskiego. Wprawdzie prokuratura umorzyła wówczas śledztwo, ale to wydarzenie jest kolejnym dowodem na to, że Frasyniuk jest człowiekiem krewkim, impulsywnym i wraz z pojawieniem się jego osoby często pojawiają się również zachowania konfliktowe. Mam nadzieję, że sąd rozpatrujący sprawę naruszenia nietykalności cielesnej policjantów weźmie pod uwagę całokształt jego działalności i przypomni panu Władysławowi, że żyjemy w cywilizowanym kraju, gdzie również demonstracje polityczne muszą przebiegać zgodnie z literą prawa.

Drżymy wszyscy

Zgodnie z literą prawa Frasyniuk powinien stawić się teraz na wezwanie niezawisłego sądu i mam nadzieję, że to nastąpi pomimo wątpliwości, jakie wyartykułował jego pełnomocnik mecenas Piotr Schramm zaniepokojony faktem, że nie wie, kto będzie sprawę rozpatrywał, po zmianach w sądownictwie, jakich dokonał minister Zbigniew Ziobro. Czyżby adwokaci byli przygotowani do wystąpień jedynie przed znanymi sobie składami sędziowskimi i tylko wtedy byli w stanie skutecznie argumentować? Mam nadzieję, że pomimo braku komfortu, na który powołał się pan Schramm, namówi on jednak swojego klienta do zaprezentowania obywatelskiej postawy, co wszystkim nam zaoszczędzi oglądania żenujących spektakli w wykonaniu zarówno samego Frasyniuka, jak i sprzyjających mu polityków oraz mediów.

Spodziewam się, że przed obliczem sądu opozycjonista wyrazi skruchę, przeprosi za swoje zachowanie i z godnością przyjmie ewentualną nałożoną karę tak jak autor niniejszego tekstu przyjął mandat. Nie ukrywam, że od kilku dni przechodzę jezdnię tylko na zielonym świetle, uważnie rozglądając się wokół siebie, czy aby nie dybie na mnie jakiś policyjny patrol, gdyż kolejna wizja pustki w portfelu budzi we mnie obawy przed powtórnym przebudzeniem reżimu.

Howgh!

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl